| Plon konkursowy |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator | |||||||||||||||||
| Czwartek, 25 Czerwiec 2009 20:19 | |||||||||||||||||
Strona 1 z 15 Uwagi godnym jest u nas fakt częstego egzaltowania się ospałej opinii w stosunku nieproporcjonalnym do powodów. Zwykle martwa, obojętna, dostaje nagle gwałtownych napadów histerii, w której albo coś potępia, albo wychwala bez miary. Po każdym takim paroksyzmie szybko powraca do obojętności i ceni przedmioty swych złorzeczeń lub lekceważy przedmioty swej chwalby. Prawie zawsze przypadłość rozpoczyna się u niej od głowy — od prasy, za którą idą inne organy. Prasa ta w znacznej swej części szklanym, martwym okiem patrzy nieraz na najpomyślniejsze objawy naszego życia i w jednej chwili, bez widomej racji uczuwa zawrót, wstrząsa się, zapala i nabożnie klęka przed czymś, co bynajmniej nadmiernych uniesień nie usprawiedliwia. Jest to dowód niedojrzałości czy choroby, słabej wiedzy czy zdenerwowania się w dusznym powietrzu — badać tu nie będziemy, zaznaczamy tylko, że owa histeria objawiła się również przy tegorocznym konkursie dramatycznym.
Jeszcze przed ogłoszeniem wyroku biegały w pismach zadyszane wieści, że w plonie konkursowym znalazły się złote kłosy; po rozdaniu nagród zaczęto bić z armat dziennikarskich salwy na urodziny geniusza. Opowiadano, że sędziowie, czytając Alberta, nie mogli opanować wzruszenia, że przyznawszy jego autorowi jednogłośnie pierwszą palmę, ze łzami radości rzucili się sobie w objęcia, że takiej chwili nigdy może literatura polska nie miała. „Trzeba było widzieć — pisze pewien sprawozdawca — tych «starych», którzy na drugi dzień po odczytaniu ogólnym Alberta, z rumieńcem na licach, z iskrzącymi oczyma, wbrew sędziowskiej dyskrecji spowiadali się ze swoich wrażeń i mówili o tej tragedii z takim zapałem młodzieńczym, jak gdyby każdy z nich sam był jej autorem." Gdy odsłonięto nazwisko tryumfatora, który „położył się nieznanym, a wstał znakomitym" i „przez jedną noc" zyskał sławę, zaczęto go interviewować, oprowadzać po salonach, wyprawiać bale „z Kozłowskim", deklamować ustępy z jego dramatu prywatnie i publicznie. Wyrysowano go we wszystkich ilustracjach, wydrukowano jego młodzieńczy wierszyk, nie zasługujący na pokaz, ale mający dla narodu urok i wartość miłej pamiątki, jako pierwocina autora rozległej chwały, który połączył w sobie „Shake-speare'a, Kochanowskiego i Słowackiego". „Tak nam trzeba było — mówił wspomniany krytyk — teraz właśnie jakiegoś zwycięstwa, które by dało świadectwo naszej żywotności duchowej, jakiejś pociechy w przygnębieniu, jakiegoś dowodu, że ten duch wśród zimnych i nieprzyjaznych prądów naszej epoki jak stary gwardzista w najcięższej walce nie poddaje się, że wspina się przecież jak woda, im ciaśniej, tym wyżej." Ponieważ poza kołem konkursowym i jego przyległościami nikt nie znał arcydzieła, a druk jego opóźniono, przez kilka tygodni więc owe chwalby rosły bujnie, powstrzymywane zaledwie przestrogami, ażeby podniósłszy laureata zbyt wysoko, nie przyprawiano go o niebezpieczny upadek. Przestrogi te opierały się z jednej strony na widocznych znamionach przesady, z drugiej na tym pewniku, że nad kolebką geniuszów nigdy nie śpiewa chór pochwalny, bo ich jeszcze nie rozumie.
|


